niedziela, 21 kwietnia 2013

Legendarne teksty I: The Cure "Lullaby"


źródło: blog.godsandalcoves.com



  LEGENDARNE TEKSTY I: The Cure - Lullaby
(1989, z albumu Disintegration; muzyka: Robert Smith/Simon Gallup/Roger O'Donnell/Porl Thompson/Boris Williams, słowa: Robert Smith)

10 kwietnia 1989 roku na rynku pojawił się pierwszy singiel pilotujący planowaną na maj tego roku ósmą płytę studyjną The Cure, Disintegration. Lullaby zdecydowanie różnił się od radosnych, popowych singli z poprzedniego albumu Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me. Utwór nawiązywał raczej do wczesnego okresu kariery, kiedy to zespół Roberta Smitha – chyba niechcący – stał się ikoną mrocznego rocka gotyckiego. Posępny numer o niezwykłym klimacie z czarnego snu, raczej wyszeptany niż zaśpiewany przez Smitha, został zilustrowany wspaniałym teledyskiem w reżyserii etatowego współpracownika The Cure, Tima Pope’a. Surrealistyczny klip był znakomitą ilustracją równie niezwykłego tekstu, mrocznej impresji rodem z koszmaru bądź strasznej bajki na dobranoc. Podmiot liryczny staje się we własnym łóżku ofiarą człowieka-pająka...

On candystripe legs
The spiderman comes
Softly through the shadow of the evening sun
Stealing past the windows of the blissfully dead
Looking for the victim shivering in bed
Searching out fear in the gathering gloom
And suddenly!
A movement in the corner of the room!
And there is nothing I can do
When I realise with fright
That the spiderman is having me for dinner tonight

Quietly he laughs and shaking his head creeps
Closer now closer to the foot of the bed
And softer than shadows
And quicker than flies
His arms are all around me and his tongue in my eyes
"Be still be calm be quiet now my precious boy don't struggle like that
or I will only love you more

For it's much too late to get away or turn on the light
The spiderman is having you for dinner tonight"

And I feel like I'm being eaten
By a thousand million
Shivering furry holes
And I know that in the morning
I will wake up in the shivering cold
And the spiderman is always hungry


Shivering in bed – Robert utrzymuje, iż inspiracją do napisania Lullaby były potworne opowieści, które opowiadał mu na dobranoc wujek. Wymyślił postać człowieka-pająka i jego przygody, które miały mnie przerazić. I rzeczywiście sprawiały, że lałem ze strachu w łóżko – wyznawał lider The Cure w wywiadzie dla „Tylko Rocka”. – Gdy byłem dzieckiem, wujaszek wydawał mi się dziwakiem i potworem. Dziś postrzegam go jako jedną z najbardziej inspirujących osób, z jakimi się zetknąłem.   

Spiderman – oczywiście monstrum z piosenki nie ma nic wspólnego ze słynnym komiksowym bohaterem...
W obiegowej opinii Robert Smith uchodzi za fascynata pająków. Raczej nie jest to prawda – na planie teledysku Robert miał początkowo zetknąć się z tarantulą, ale spotkało się to z jego zdecydowanym sprzeciwem.

"Be still be calm be quiet now my precious boy” – jeszcze inna interpretacja proponuje odczytywać Lullaby jako nawiązanie do rzekomego molestowania seksualnego Smitha w dzieciństwie. Autor wykpił te domysły w wywiadzie dla MTV: Pewnej szczególnej nocy mój wujek wszedł przez okno, i robił rzeczy nie do opowiedzenia... Dodając ze śmiechem: Nie, to nieprawda.

„The spiderman is having you for dinner tonight” – niektórzy curologowie źródeł inspiracji do napisania tekstu o subtelnym pająku-zabójcy upatrują w wierszu dla dzieci z 1829 roku The Spider and The Fly autorstwa angielskiej poetki Mary Howitt. Jego bohaterem jest mucha, którą pająk uprzejmie zaprasza do odwiedzenia jego salonu. Mimo iż owad jest świadomy złej reputacji pająka (Oh no, no," said the little Fly, "for I've often heard it said/They never, never wake again, who sleep upon your bed!"), poddaje się jednak wytwornym komplementom czarującego zabójcy ("Sweet creature!" said the Spider, "you're witty and you're wise, How handsome are your gauzy wings, how brilliant are your eyes!”), co oczywiście kończy się dla niej tragicznie (He dragged her up his winding stair, into his dismal den/Within his little parlour - but she ne'er came out again!). Wiersz kończy się pouczeniem dla młodych czytelników, by nigdy nie ulegali czarującym nieznajomym, którzy – w domyśle – tylko czyhają na splugawienie dziecięcej czystości. Smith w utworze Lullaby odwołuje się bezpośrednio do wiersza Howitt – pod koniec piosenki szepcze słowa przypominające jego pierwszy wers: Will you walk into my parlour?" said the Spider to the Fly. 

Tim Pope wątpi w autentyczność opowiadanych przez Roberta historii, które lider The Cure wiąże z Lullaby. - To jeden z największych kłamców, ale kłamców w takim sympatycznym stylu. Przeinacza swoje historie, kiedy tylko ma na to ochotę. Być może (Lullaby) to jedna z takich historii, jak powinniśmy powiedzieć, wyssanych z palca - mówi.

Maciek 



sobota, 20 kwietnia 2013

Sabbs Are Not Dead! - w oczekiwaniu na nowy album


źródło: www.blacksabbath.com
Od wczoraj fanów ciężkiego brzmienia rozgrzewa do czerwoności nowy singiel Black Sabbath! Długaśny (prawie 9 minut!) ale  ekscytujący, utrzymany we wzorcowym sabbathowym brzmieniu i tempie singiel God Is Dead? pilotuje dziewiętnasty album studyjny legendy z Birmingham. Metalowy cud - tak trzeba określić płytowy powrót największej grupy w dziejach heavy metalu w prawie-klasycznym składzie. Kiedy w listopadzie 2011 roku panowie Osbourne, Iommi, Butler i Ward ogłosili, że wracają do gry i zamierzają nagrać nowy album pod szyldem Black Sabbath, trudno było w to uwierzyć - ostatni raz w tym składzie wydali longplay w... 1978 roku! Od czasów albumu Never Say Die! nagrywali płyty bez demonicznego wokalisty Ozzy'ego Osbourne'a, a 1994 rok przyniósł ostatni album z udziałem basisty Geezera Butlera. Ostatni jak dotąd longplay zespołu, z udziałem tylko jednego członka klasycznego składu - gitarzysty Tony'ego Iommi, Dehumanizer, to raczej wstydliwy epizod w dziejach Black Sabbath. Fani grupy czekają więc na album godny legendarnego szyldu.
Znając trudne charaktery starszych panów, można było się spodziewać, że nie wszystko pójdzie tak pięknie, jak obiecywano... Rzeczywiście, prace nad albumem zostały podjęte, ale Sabbath działali już bez perkusisty klasycznego składu. Bill Ward skłócił się z kolegami o kwestie biznesowe - zażądał od nich uregulowania umowy kontraktem. Reszta zespołu podziękowała Billowi za współpracę.
Kłopoty z perkusistą to nie był największy problem Black Sabbath podczas pracy nad nowym albumem. U najważniejszego członka zespołu, Iommiego, zdiagnozowano chorobę nowotworową. Pod znakiem zapytania stanęły zarówno prace nad płytą, jak i koncerty, które zapowiadali członkowie Sabbath. Wiele występów odwołano - nie doszedł do skutku choćby występ na warszawskim Sonisphere. W 2012 roku zespół zagrał tylko trzy koncerty - w rodzimym Birmingham, na Download Festival i na festiwalu Lollapalooza. Ozzy i Geezer koncertowali za to pod szyldem Ozzy & Friends.
Na szczęście mimo wszystko prace nad albumem w 2012 roku trwały w najlepsze. 12 stycznia 2013 roku zespół ogłosił tytuł nowego albumu - 13. Przedstawiono także zastępcę Warda - został nim Brad Wilk, znany z innego legendarnego zespołu Rage Against The Machine. W kwietniu poznaliśmy także okładkę, a także wspomniany singiel. Liczący osiem utworów (w wersji deluxe jedenaście) album trafi do sklepów 10 czerwca. Kapitalny God Is Dead? nie pozostawia żadnych wątpliwości, że warto czekać - metalowi bogowie żyją i są w najwyższej formie.
Maciek


wtorek, 16 kwietnia 2013

Legendarne okładki II: New Order - Power, Corruption and Lies

                 
                          LEGENDARNE OKŁADKI II: New Order - Power, Corruption & Lies (1983)


Grupa New Order, która wyłoniła się z kultowego zespołu Joy Division, podobnie jak tamta legendarna formacja przykładała wyjątkowe znaczenie do oprawy graficznej swoich wydawnictw. Podobnie jak w przypadku coverów innych albumów wydawanych przez wytwórnię Factory, ich charakterystyczną cechą był efektowny, estetyczny minimalizm połączony z elementami futurystycznymi. W podwójnym znaczeniu - zaczerpniętymi wprost z artystycznego nurtu futurystów początku XX wieku, jak i w nawiązującymi do technologii przyszłości.


                                         1983
                                         Design: Peter Saville
                                         Obraz: Henri Fantin-Latour, Koszyk róż


Najsłynniejsza okładka New Order, do albumu Power, Corruption & Lies, rzeczywiście zawiera nowoczesny element, lecz jako całość jest zdecydowanie niefuturystyczna. Wykorzystano na niej obraz XIX-wiecznego francuskiego malarza, Henriego Fantin-Latoura. Autor okładki, Peter Saville natknął się na pocztówkę z jego przedstawieniem przechadzając się po National Gallery w Londynie. Poszukiwał tam jakiegoś renesansowego obrazu przedstawiającego władcę, co w jego zamierzeniu miało korespondować z tytułem albumu, kojarzącym się z makiawelizmem (siła, korupcja i kłamstwa). Nie udało się mu jednak znaleźć odpowiedniego dzieła. Partnerka Saville'a wymogła na nim za to wykorzystanie uroczego obrazu przedstawiającego kwiaty. Autor znalazł dla nich uzasadnienie: kwiaty oznaczają to, w jaki sposób siła, korupcja i kłamstwa przenikają do naszego życia. Jak kwiaty, są takie uwodzicielskie...

Drugim zwracającym uwagę elementem okładki jest kod barwny. Saville planował umieścić na okładce nazwę zespołu i tytuł albumu używając właśnie tego kodu, skończyło się jednak na numerze katalogowym płyty. W owym kodzie barwnym poszczególnym kolorom przyporządkowane są litery alfabetu i cyfry. Schemat umożliwiający odcyfrowanie znaczenia barw na froncie okładki umieszczono na tylnej stronie. Kod barwny pojawił się również na niealbumowych singlach Blue Monday i Confusion z tego samego roku. 

W styczniu 2010 Poczta Królewska Wielkiej Brytanii umieściła okładkę na znaczku pocztowym serii "Classic Album Cover". Obok okładki New Order tego wyróżnienia dostąpiły m.in. Tubular Bells Mike'a Oldfielda, Division Bell Pink Floyd i Led Zeppelin IV. 


Maciek

poniedziałek, 8 kwietnia 2013






Friends will be friends

Queen powstał w 1970 roku. Wydał dwadzieścia cztery krążki w tym piętnaście albumów studyjnych. Do 1986 roku (ostatnia trasa z Freddiem Mercurym) zagrał sześćset siedemdziesiąt trzy koncerty podczas piętnastu tras koncertowych na całym świecie. Piosenki Queenu pojawiły się w czterdziestu trzech filmach. Wydał również grę komputerową i użyczył swoich piosenek do gier m. in. do GTA IV. Krążki grupy pokrywały się złotem i platyną (najwięcej jedenastokrotna platyna za album "Greatest Hits" z 1981 roku w Wielkiej Brytanii). Grupa Queen spędziła 1389 tygodni na UK Albums Chart spychając na dalsze miejsca takie legendy jak: The Beatles, Elvisa Presley'a, U2 czy Dire Straits. Kilkakrotnie została odznaczona za wybitny wkład w muzykę rozrywkową. Jednym słowem zrobiła wiele. Ale za tymi liczbami, sukcesami i milionami fanów stało czterech całkowicie różnych od siebie gości. Freddie Mercury, Brian May, Roger Taylor i John Deacon. Kilka słów własnie o nich.

Każdy z członków Queen miał również swoją ksywę nadawana przez Freddiego. W prywatnym gronie muzycy zwracali się do siebie właśnie używając tych przezwisk

John Deacon



Wiele małżeństw nie przetrwało tak długo, jak długo istniał Queen. - J.D. 

imię i nazwisko: John Richard Deacon
data urodzenia: 1951.8.19
pochodzenie: Wielka Brytania
instrument: gitara basowa, gitara, instrumenty klawiszowe
wzrost: 175 cm
wykształcenie: elektronik
miejsce zamieszkania: Putney, Londyn
znak zodiaku: lew
wzrost: 175 cm
kolor oczu: zielono-szare
rodzice: Lillian Molly, Arthur Henry
rodzeństwo: siostra Julie
stan cywilny: żonaty, Veronica Tetzlaff od 1975 r.
dzieci: Robert, Michael, Laura, Joshua, Luke, Cameron
pierwszy zespół: Opposition
ulubiony aktor: Jean Alexander
ulubiona aktorka: Natalie Wood
ulubiony napój: herbata
zainteresowania: elektronika
kariera przed Queen: The (New) Opposition/The Art (1965-68), Deacon (1970-71)




John Deacon - "Belicia" (po aktorce Belici Beacon). Na pierwszej płycie Queen przez pomyłkę nazwany również "Deacon John". Co było powodem wielkiego smutku artysty.
Swoją przygodę z muzyką rozpoczął w wieku siedmiu lat. Wtedy to na urodziny otrzymał czerwoną, zabawkową gitarę - "Tommy Steele". Od najmłodszych lat był motywowany przez ojca by obrać pewną przyszłość i uzyskać solidne wykształcenie. Majsterkował z tatą, a za największy sukces może uznać: przystosowanie magnetofonu szpulowego do nagrywania muzyki i stworzenie małego wzmacniacza.
Od najmłodszych lat był motywowany przez ojca by obrać pewną przyszłość i uzyskać solidne wykształcenie. Majsterkował z nim, a za największy jego sukces można uznać przystosowanie magnetofonu szpulowego do nagrywania muzyki, oraz stworzenie małego wzmacniacza. W roku 1969 ukończył edukację, ale uznał, że nie jest dobrym fachowcem w dziedzinie elektroniki. W wieku jedenastu lat pod wpływem Fub Four, którego był fanem, postanowił nauczyć się grać na gitarze. Wybór instrumentu był oczywiście prosty - najtańsza gitara akustyczna. W 1972 roku John założył swój pierwszy zespół rock'owy - "Opposition". Sukcesów nie było i perspektywa pracy jako elektryk szybko zweryfikowała jego plany na przyszłość. Postanowił studiować elektronikę na Chelsea College w Londynie. Nauka to jednak też nie było to, co oprócz kobiet i gitary pociągało by Johna najbardziej. Oczywiście swojego sprzętu (muzycznego) nie odstępował na krok grywając często w przerwach pomiędzy zajęciami. Po dwóch latach edukacji (1971 rok) zobaczył kartkę (Freddie by się teraz zapewne obraził - misternie i wykwintnie wykonane ogłoszenie), że nowo formująca się grupa Queen z Freddiem Bulsarą na czele poszukuje basisty. Deacon został przyjęty do składu. Dwa lata później ukończył studia z wyróżnieniem, ale oddał się w całości beandowi. Zagrał z nim kilkaset koncertów. Ciekawostką jest, że John nigdy nie śpiewał, podobno stojące przed nim na koncertach mikrofony nigdy nie były podłączone. Po śmierci Freddiego Deacon przeszedł na emeryturę. Teraz wiedzie spokojne życie w Anglii z żoną Veronicą i szóstka swych dzieci. Jest autorem takich przebojów jak: "You're My Best Friend", "Another One Bites the Dust", "I Want to Break Free" i "Friends Will Be Friends"



Roger Taylor

Kiedy jesteś w zespole tracisz w jakimś stopniu swoją tożsamość, stajesz się jego częścią. Od tego trudno uciec. - R.T.

imię i nazwisko: Roger Meddows Taylor
data urodzenia: 1949.7.26
pochodzenie: Wielka Brytania
instrument: perkusja, gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, wokal
wzrost: 179 cm
wykształcenie: biolog
znak zodiaku: lew
kolor oczu: niebieskie
rodzice: Michael, Winifred
rodzeństwo: siostra Clare
stan cywilny: dwukrotnie żonaty, od 2010 r. z Sariną Potgieter
dzieci: Felix Luther, Rory Eleanor, Rufus Tiger, Tiger Lily, Lola Daisy May
pierwsza praca: sprzedawca używanych ubrań
ulubiony piosenkarz: Bruce Springsteen
ulubiony aktor: John Hurt
ulubiona aktorka: Maggie Smith
ulubiony napój: wódka, białe wino
kariera przed Queen: The Bubblingover Boys (1957), Beat Unlimited/Cousin Jacks/The Falcons (1964-65), Johnny Quale & The Reactions/Reaction (1965-68), Smile (1968-70)



Roger Taylor - Betty (po Elizabeth Taylor, ktorej Freddie był wielkim fanem). Na jednej z płyt Queenu obok nazwiska Rogera napisano "Drums, vocals, percussion, screams". "Screams" ("krzyki") to aluzja do bardzo wysokich nut, które śpiewał falsetem.
Taylor swoją przygodę z muzyką rozpoczął w wieku ośmiu lat. Podziwiał zapędy kuzyna, który zgrabnie wybijał rytmy na swej perkusji. Roger, by rozpocząć swoją wielką karierę muzyczną zakupił skromną, tanią gitarę akustyczną. Po roku mozolnej nauki stwierdził, że nigdy nie zostanie dobrym gitarzystą. Od tej pory z zapałem ćwiczył i doskonalił swoją grę na perkusji. Przystąpił do zespołu założonego wraz z kolegami, co nie spodobało się rodzicom Rogera. Aby ich uszczęśliwić ukończył szkołę i rozpoczął studia. Uczelnie zmieniał trzykrotnie. Podczas studiów ujrzał ogłoszenie: “Poszukiwany perkusista w stylu Gingera Bakera”. Tym samym rozpoczęła sie jego przygoda z zespołem "Smile", gdzie czekali już na niego Tim Staffell (którego zastąpił po kilku miesiącach Freddie Mercury) i Brian May. Gdy do składu przystąpił John Deacon zmieniono nazwę na Queen. Taylor zagrał z zespołem kilkaset koncertów. Jedna z najzabawniejszych sytuacji miała miejsce w roku 1979. Roger postanowił przed koncertem pofarbować sobie włosy na blond. Niestety, wyszedł kolor zielony. Poprosił wtedy Freddiego, żeby nie wspominał o tej sytuacji podczas koncertu. Mercury, jak przystało na przyjaciela, śmiał się z fryzury Taylora kilkakrotnie. Poza koncertami Roger też wiedzie bardzo ciekawe życie. W 1991 roku postanowił, że bramę wjazdową do swojej posiadłości będą przyozdabiały dwa kamienne lwy. Władze nie wyraziły zgody na rzeźby. A oto, co napisała ówczesna prasa: 
"Perkusista supergrupy Queen wkurzył się po tym, jak odmówiono mu pozwolenia na postawienie kamiennych lwów na słupach bramy wjazdowej do jego wiejskiej posiadłości. Więc zamiast lwów postawił tam dwa najbardziej kiczowate ogrodowe gnomy, jakie tylko udało mu się znaleźć. A żeby się upewnić, że nie umkną niczyjej uwagi, dodatkowo je podświetlił." Kilka lat temu urządził również przyjęcie. Główną atrakcją miały być pokazy laserowe. Sąsiedzi nie wytrzymali jednak tej zabawy i wezwali policję twierdząc, że u Taylora wylądowało UFO.

W swojej biografii ma również i takie przedsięwzięcia jak zorganizowanie po śmierci Freddiego koncertu, którego dochód przeznaczono na walkę z AIDS. Jest autorem takich piosenek jak: . "Radio Ga Ga" i "A Kind of Magic".





Brian May

Najlepszy gitarzysta wśród fizyków i najlepszy fizyk wśród gitarzystów.

imię i nazwisko: Brian Harold May

data urodzenia: 1947.7.19
pochodzenie: Wielka Brytania
instrument: gitara, instrumenty klawiszowe, wokal
wzrost: 186 cm
wykształcenie: doktor astronomii (tytuł pracy doktorskiej: Prędkości radialne w zodiakalnej chmurze pyłu kosmicznego)
miejsce zamieszkania: West End, Surrey
znak zodiaku: rak
kolor oczu: brązowe
rodzice: Harold, Ruth
stan cywilny: żonaty, pierwsza żona Chrissy Mulens, druga Anita Dobson
dzieci: James, Louisa, Emily Ruth
pierwsza praca: nauczyciel matematyki
ulubiona muzyka: Heavy metal
ulubione zespoły: Def Leppard, Guns’N'Roses, Aerosmith
ulubiony utwór: Track Of My Tears – Smoky Robinson & The Miracles
ulubiony aktor: Robert De Niro
ulubiona aktorka: Natalie Wood
ulubiony napój: Guiness
tytuły i odznaczenia: Order Imperium Brytyjskiego, Doctor honoris causa uniwersytetu w Hertfordshire
kariera przed Queen: “1984″ (1964-68), Smile (1968-70)




Brian May - Maggie - swoją przygodę z muzyką rozpoczął w wieku 5 lat od nauki gry na pianinie. Dwa lata później zaczął grać na gitarze. W wieku 16 lat zbudował własną gitarę, gdyż nie mógł sobie pozwolić na kupno takiego instrumentu. Gitara ta składała się między innymi z części od motocyklu, ale mimo amatorskiej budowy służy do dziś. Jej niezapomniane i charakterystyczne brzmienie wyróżnia ją spośród innych, seryjnie produkowanych modeli i uniemożliwia idealne zagranie utworów Queenu przez zwykłego śmiertelnika. Do gry May nie używał kostek gitarowych. Szybsze partie odgrywał przy pomocy monety sześciopensowej (jej ząbkowane krawędzie dawały charakterystyczne, “chropowate” brzmienie).
Kilka firm postanowiło jednak splagiatować instrument Briana. Żadnej się to jednak nie udało. Brian May dostał wiele kopii swojej gitary by móc je wypróbować. Jeden egzemplarz w chwili złości zrzucił ze sceny - tak bardzo jego brzmienie było dalekie od oryginału. (więcej informacji o gitarze: Gitara Briana Maya)

May był założycielem grupy Queen. To z jego inicjatywy powstała większość utworów. Wystąpił we wszystkich koncertach Queenu. Zaliczył też wiele wpadek. Jedną z nich był popsuty wzmacniacz podczas koncertu. Brian przerażony zaczął go naprawiać. Nie wytrzymał jednak i podbiegł do Freda, który siedział przy pianinie i według planu - jego mikrofon miał być wyłączony. Powiedział wtem o usterce, a Freddie z uśmiechem, półgłosem powiedział: "po prostu poskacz sobie i udawaj że grasz - te bałwany i tak nie zauważą różnicy". Mikrofon był jednak włączony, a cała sala zaczęła się śmiać. 

Inną zabawną sytuacją która przytrafiła się Brianowi była riposta Mercurego podczas koncertu w Sztokholmie. Piosenka "Save Me" rozpoczyna się od słów "It started all so well" ("tak dobrze wszystko się zaczęło"), które śpiewa Fred. Brian jednak się pomylił i spóźnił się na pianinie, co Freddie kwituje - "No, zbyt dobrze to się k...a nie zaczęło" po czym obaj wybuchają śmiechem i zaczynają grać utwór od nowa. May miał najlepszy kontakt z Mercurym. Ich poczucie humoru i wzajemne dogryzanie sobie na scenie prowadziło do wielu takich zabawnych momentów.



Poza muzyką May ukończył studia otrzymując tytuł doktora nauk. Jest tym samym najbardziej wykształconym człowiek Queenu. Jest autorem takich przebojów jak: "We Will Rock You", "Who Wants to Live Forever", "Too Much Love Will Kill You", "The Show Must Go On", "No-One but You".

W 2011 roku został sklasyfikowany na 26. miejscu listy 100 najlepszych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone.





Freddie Mercury

 imię i nazwisko (po zmianie): Frederick Mercury
pierwsze imię i nazwisko: Farrokh Bomi Bulsara
data urodzenia: 1946.9.5
miejsce urodzenia: Zanzibar
data śmierci: 1991.11.24
miejsce śmierci: Londyn
ostatnie miejsce zamieszkania: Royal Kensington, London,
1 Logan Place, Garden Lodge

grupa etniczna: Pars
wiara: Zaratusztrianizm (nie praktykował)
instrument: wokal, instrumenty klawiszowe
wzrost: 175 cm
wykształcenie: ilustrator, grafik
znak zodiaku: panna
kolor oczu: piwne
stan cywilny: kawaler
rodzice: Jer i Bomi  rodzeństwo: siostra Kashmira Bulsara-Cooke
ulubieni muzycy: Jimi Hendrix, John Lennon, Prince, Aretha Franklin, Michael Jackson,Elvis Presley, Robert Plant
ulubiona grupa: The Jacksons
ulubiony aktor: Timothy Dalton
ulubiony kraj: Wielka Brytania, Japonia
ulubiona aktorka: Marilyn Monroe
ulubiona piosenkarka: Aretha Franklin
ulubiony napój: szampan (Moёt & Chandon, Louis Roederer Cristal), wódka z lodem i cytryną
ulubiona piosenka Queen: “Somebody To Love”
ulubiony album Queen: “The Game”
ulubiony instrument: pianino
pierwsza praca: sprzedawca w sklepie z używaną odzieżą
zainteresowania: balet i opera
zwierzęta: koty – Tom, Jerry, Oscar, Tiffany, Delilah, Goliath, Miko, Romeo, Lily, ryby – 89 karpi Koi wartych ponad milion funtów
kariera przed Queen: The Hectics (1958-62), Ibex (sierpień-październik 1969), Wreckage (październik-listopad 1969), Sour Milk Sea (wiosna 1970)


Freddie Mercury był najbarwniejszą postacią Queenu. Więcej można przeczytać tu: Freddie Mercury
Miał niezwykły kontakt z publicznością, a przede wszystkim w przyjaciółmi z zespołu. Oto kilka najciekawszych cytatów z życia Freda:

"Dziesięć lat temu znałem tylko 3 akordy na gitarę. Teraz w 1982 roku znam 3 akordy na gitarę".




"Im większe, tym lepsze. Wszystko".
"Jestem tylko muzyczną prostytutką".
"Nie chcę iść do nieba! W piekle można spotkać ciekawszych ludzi".


Przepływając promem przez Budapeszt Freddie zobaczył bardzo okazały budynek i powiedział "A cóż to za przepiękna budowla?! Kupuję ją!". Okazało się, że to była to siedziba parlamentu.  link



B.T.

piątek, 29 marca 2013

Miejskie hymny żyją wiecznie, czyli króluj Brytanio!

Rockowy świat z niecierpliwością czeka na premierę albumu Suede, Pulp zaprezentowali bardzo udany nowy singiel, a największym muzycznym wydarzeniem roku w naszym kraju będzie pierwszy polski koncert Blur. Wbrew pozorom to nie połowa lat 90., to rok 2013. I britpop znów na topie. 

 

Początek lat 90. Wielka Brytania powitała w roli muzycznej prowincji. W tym czasie liczyła się bowiem tylko Ameryka. Świat u stóp miały zespoły z Seattle i okolic, wykonujący brudną i agresywną odmianę rocka zwaną grunge. Bestsellerami były albumy Pearl Jam, Soundgarden i Alice In Chains, a przede wszystkim Nirvany, na czele z charyzmatycznym liderem Kurtem Cobainem, który stał się głosem pokolenia nie tylko w USA. Triumfy święciła fuzja ciężkiego grania z rapem w wykonaniu Red Hot Chili Peppers i Rage Against The Machine. W kategorii „waga ciężka” bezkonkurencyjne były Metallica z „Czarnym Albumem” i Guns N’ Roses z podwójnym Use Your Illusion, fanów bardziej przystępnej muzyki czarował R.E.M. na inspirowanych amerykańskim folkiem albumach Out Of Time i Automatic For The People. Wykonawcy ci sprzedawali miliony albumów nie tylko w ojczyźnie, ale i na całym świecie.   

 

Jankesi do domu

 

A co w tym czasie słychać w starej, dobrej Anglii? Scenie rockowej brakowało wielkiej gwiazdy, która mogłaby osiągać milionowe nakłady płyt i wypełniać stadiony. Takie grupy jak Primal Scream, Ride czy irlandzko-brytyjska My Bloody Valentine nagrywały wybitne, eksperymentalne albumy, ale ich wymagająca twórczość nie mogła liczyć na sukces rynkowy. Brytania z zazdrością patrzyła na swoją młodszą siostrę po drugiej stronie Atlantyku, która płodziła jedną za drugą gwiazdę rocka. Dumny Albion, kraj z tak wielkimi muzycznymi tradycjami tęsknił za czasami wielkich rockowych osobowości. Za brytyjską inwazją lat 60. z Beatlesami, Rolling Stonesami i The Who na czele. Za szalonymi latami 70., kontrowersjami i przepychem glam rocka spod znaku Davida Bowiego i Marca Bolana, ale także mistycyzmem i liryzmem rocka progresywnego Pink Floyd. Za inspirującym anarchizmem luminarzy punk rocka – Sex Pistols i The Clash. Za czasami, gdy Zjednoczone Królestwo znaczyło na muzycznej mapie świata bardzo wiele.
Właśnie na fali tej tęsknoty zaczęły pojawiać się zespoły nawiązujące do tradycji brytyjskiej muzyki pop, świadomie odcinające się od estetyki grunge’owej. W 1992 roku brytyjskie media namaściły na mesjaszy rodzimego rocka londyńską grupę Suede, która zapożyczyła od swoich idoli – Davida Bowiego i The Smiths nie tylko arcybrytyjskie gitarowe brzmienie, ale także seksualną nieokreśloność i enigmatyczność podszytych erotyzmem tekstów. Charyzmatyczny wokalista o charakterystycznym wokalu i wyglądzie androgyna, deklarujący biseksualizm Brett Anderson wydawał się naturalnym kandydatem na nową wielką brytyjską osobowość rocka. Wydany w maju 1992 roku debiutancki singiel The Drowners zwiastował zupełnie nowy styl muzyczny, czerpiący wszystko co najlepsze z brytyjskiej muzycznej tradycji – britpop. W marcu kolejnego roku na rynku pojawił się pierwszy longplay formacji, zatytułowany po prostu Suede. Dzięki takim hitom jak Animal Nitrate (nr 7 na brytyjskiej liście singli) czy Metal Mickey stał się najszybciej sprzedającym się debiutanckim albumem w dziejach Wielkiej Brytanii, płyta spotkała się z pozytywnym przyjęciem także w USA. Anderson mógł więc śmiało pozować na tle brytyjskiej flagi na okładce magazynu „Select”. Ledwie rok wcześniej Morrissey, były lider The Smiths został oskarżony o sympatie faszystowskie, gdy dał się sfotografować z Union Jack w ręku. Czasy się zmieniły, narodowa duma znowu stała się trendy - prasa zaczęła pisać o fenomenie „Cool Britannia”. Podpis pod zdjęciem Brutta głosił butnie „Jankesi do domu”. Grunge’owcy nie byli już potrzebni młodym Anglikom. 

Popsceniczni chłopcy z sąsiedztwa 


Niektórzy za pierwszy britpopowy singiel uważają nie The Drowners, ale wydany w marcu 1992 roku Popscene grupy Blur z Londynu. Dowodzony przez zdolnego kompozytora, wokalistę Damona Albarna zespół zaczynał jako epigon The Stone Roses, grupy łączącej gitarową muzykę z elementami dyskotekowej sceny z Manchesteru. Na Popscene, a następnie na swojej drugiej płycie, wydanej dwa miesiące po debiucie Suede Modern Life Is Rubbish Blur zarzucił klubowe wpływy i zaprezentował muzykę nawiązującą do klasyków rocka lat 60., szczególnie The Beatles i The Kinks. Charakterystycznym elementem twórczości grupy Albarna były głęboko osadzone w brytyjskiej rzeczywistości teksty piosenek, pełne typowo angielskiego cynicznego humoru. Wielki sukces przyniosła Blur przede wszystkim płyta Parklife z 1994 roku, z dwoma wielkimi hymnami ery britpopu – dyskotekowym Girls And Boys, zjadliwie komentującym seks-turystykę młodych bezrobotnych wyspiarzy, oraz utwór tytułowy o jałowym życiu angielskiej klasy średniej. W 1994 roku udane albumy wydały również Suede (Dog Star Man) i prezentująca inteligentny pop formacja ze Sheffield o nazwie Pulp (His ‘N’ Hers), ale tylko jedna grupa mogła zagrozić hegemonii Albarna i spółki.
Bracia Liam (wokalista) i Noel (kompozytor) Gallagherowie, liderzy zespołu Oasis byli kolejnymi wielkimi postaciami brytyjskiego rocka pochodzącymi z robotniczego Manchesteru. Nie cechowali się dekadenckim liryzmem, jak Ian Curtis z Joy Division, nie byli subtelnymi intelektualistami jak Morrissey. Bliżej im było do frontmana The Stone Roses, wyszczekanego i bezczelnie pewnego siebie Iana Browna. Gallagherowie byli butnymi reprezentantami klasy robotniczej, „swoimi chłopami”, facetami z sąsiedztwa. Stałymi bywalcami pubu z sąsiedniej ulicy, którzy przypadkiem stali się megagwiazdami rocka. No, może nie całkiem przypadkiem – Noel Gallagher pisał autentyczne stadionowe hymny, piosenki na miarę songów Beatlesów. Debiutancka płyta Definitely Maybe, promowana czterema hitowymi singlami (najwyżej – na 7. miejsce - zaszedł Live Forever) osiągnęła pierwszą lokatę na brytyjskiej liście sprzedaży. Oasis dostrzeżono także w USA – 58. miejsce na liście Billboardu to wbrew pozorom ogromny sukces dla Brytyjczyków. 

Bitwa o Anglię 


Blur i Oasis postrzegani byli na zasadzie przeciwieństw - intelektualiści kontra robole, zamożne południe kontra uboga północ. Rywalizację między zespołami bez żadnej przesady określono „britpopową bitwą”. W sierpniu 1995 nie mówiło się o niczym innym, jak tylko o pojedynku Albarn vs. Gallagher. Kultowy magazyn muzyczny „New Musical Express” pisał o ówczesnych nastrojach panujących w nie tylko muzycznych mediach: W tygodniu, w którym informowano, że Saddam Husajn przygotowuje broń jądrową, cywile są mordowani w Bośni, a Mike Tyson powraca na ring, tabloidy i prasa opiniotwórcza zwariowały na punkcie britpopu. 14 sierpnia na rynek trafiły single zapowiadające nowe albumy obu formacji – Country House z płyty Blur The Great Escape i Roll With It z (What’s The Story) Morning Glory? Oasis. Starcie tytanów wygrał zespół Albarna – Country House osiągnął szczyt brytyjskiej listy singli (piosenka Oasis uplasowała się oczywiście na drugim miejscu). Jednak to album Gallagherów okazał się bardziej wartościową pozycją. (What’s The Story) Morning Glory? dziś jest pewniakiem we wszystkich brytyjskich zestawieniach płyt wszech czasów – w 2010 uznany został przez „NME” za najlepszy brytyjski album ostatniego trzydziestolecia. Płyta Blur zdradzała już oznaki wyczerpania britpopowej formuły – brakowało ekscytującej świeżości Parklife. Britpopowa bitwa była szczytem popularności gatunku, ale i – jak się okazało, jego łabędzim śpiewem.
Britpop umarł

Ostatnim znaczącym momentem britpopowej sceny był jeszcze mocno psychodeliczny, ale i przebojowy w starym, dobrym stylu album Urban Hymns grupy The Verve z września 1997. Rok ten przyniósł co prawda kolejne dzieła dwóch wielkich adwersarzy britpopu, ale paradoksalnie przypieczętowały one śmierć gatunku. Oasis zaprezentowali mało ciekawy, wtórny album. Choć Be Here Now sprzedawał się rewelacyjnie, to – jak donosił dwa lata później „Melody Maker”, była to też w tym czasie pozycja najczęściej... oddawana do sklepów z używanymi płytami. Z kolei Blur mogli szczycić się zarówno sukcesem komercyjnym (pierwsze miejsce na liście sprzedaży płyt w Zjednoczonym Królestwie) jak i artystycznym. Muzyka na albumie zatytułowanym po prostu Blur miała jednak niewiele wspólnego z dotychczasowym obliczem zespołu. Albarn i koledzy sięgnęli po inspiracje, które w 1993 roku napawały młodych wyspiarskich twórców i krytyków muzycznych obrzydzeniem – zafascynowała ich alternatywna rockowa scena Stanów Zjednoczonych. Lider zespołu już w listopadzie 1996 na łamach „NME” deklarował: Britpop dawno umarł. Nie widzę sensu, by go dalej grać. Symboliczny był fakt, iż największym hitem z tej płyty stał się cięty, wykrzyczany przez Albarna Song 2, kojarzący się mocno z agresją grunge’u. Na pewno nie z The Beatles i The Kinks, nie nawiązujący w żaden sposób do brytyjskiej tradycji rockowej. Formacja nagrała jeszcze dwa bardzo udane, ambitne i mało piosenkowe albumy 13 i Think Tank, ale po wydaniu tej ostatniej w 2003 roku popadła w stan zawieszenia. Znamienne, że gwiazdy britpopu – o ile tak jak Blur nie zmieniły swojego muzycznego oblicza - nie poradziły sobie w nowej rzeczywistości muzycznej na Wyspach. Oasis nagrali jeszcze cztery albumy, ale sprawiały one wrażenie odcinania kuponów od dawnej sławy. Z kolei Suede po rozczarowującym komercyjnie albumie A New Morning z 2002 roku rozwiązali się, podobnie postąpiła w tym samym roku grupa Pulp. 

Britpop żyje?

A przecież wcale nie było tak, że zniknęło zapotrzebowanie na proste, melodyjne kawałki w brytyjskim stylu. Pierwsza dekada XXI wieku to boom na muzykę indie, listy przebojów opanowały alternatywne grupy pokroju The Libertines, Arctic Monkeys i Franz Ferdinand, zabójczo przebojowe i typowo wyspiarskie w brzmieniu. Dla nich scena britpopu była jedną z głównych źródeł inspiracji. Nie mogło być więc przypadkiem, że reaktywacja Blur na kilka koncertów latem 2009 roku (m.in. na legendarnym festiwalu Glastonbury) wzbudziła euforię na Wyspach. Zachęceni pozytywnym przyjęciem muzycy nagrali dwa single (Fool’s Day w 2010 i The Puritan/Under The Westway w 2012 roku) i wciąż nie wykluczają nagrania albumu studyjnego. Mimo iż nie istnieje Oasis, który rozpadł się w 2009 roku po serii awantur między liderami, bracia Gallagher wciąż są muzycznie aktywni – Liam prowadzi swój nowy zespół Beady Eye, z którym wydał w 2011 roku album, a Noel dowodzi projektem Noel Gallagher's High Flying Birds, którego debiutancka płyta z tego samego roku spotkała się z gorącym przyjęciem. Na scenę powrócili również Pulp i Suede – grupa z Sheffield w grudniu zaprezentowała w Internecie nowy utwór After You, z kolei zespół Bretta Andersona 18 marca wyda po jedenastu latach przerwy album Bloodsports.
3 lipca gwiazdą pierwszego dnia Open’er Festival w Gdyni będzie Blur. Gwiazda britpopu, choć od dziesięciu lat nie uraczyła nas nowym albumem studyjnym, nadal należy do najgorętszych nazw na muzycznej scenie. Sama za siebie mówi rozpiska tegorocznych koncertów grupy, obejmująca tak prestiżowe festiwale, jak Coachella w Kalifornii, Primavera w Barcelonie, czy Rockwerchter w Belgii. Z pewnością setlistę tych koncertów zdominują utwory ze złotych lat britpopu – bo z dyskografii Blur to chyba one najlepiej przetrwały próbę czasu. Britpop ciągle przyciąga tłumy. Nie tylko z powodów nostalgicznych, ale także dlatego, że wciąż jest gatunkiem inspirującym - już kolejne pokolenie twórców i fanów. 

Maciek

wtorek, 26 marca 2013

Ciemna strona Ciemnej Strony?

źródło: www.posterplanet.pl



24 marca minęła 40. rocznica brytyjskiej premiery pewnego Bardzo Ważnego Albumu. Być może najważniejszej rockowej płyty wszech czasów. Przypadkowy przechodzień zapytany na polskiej ulicy o taką właśnie płytę, z dużym prawdopodobieństwem wskazałby właśnie The Dark Side Of The Moon, epickie dzieło Pink Floyd. 

Trudno napisać o tym albumie coś odkrywczego – przez czterdzieści lat napisano o nim w dziesiątkach książek, tysiącach artykułów prasowych. Prawie zawsze w tonie wręcz bałwochwalczym. Bo trudno deprecjonować epokowe znaczenie Ciemnej Strony. Album rewolucyjny brzmieniowo – On The Run z drażniącym, elektronicznym rytmem uchodzi za utwór prekursorski względem… techno, z kolei wstęp z dźwiękiem spadających monet w Money dla wielu jest pierwszym loopem w historii, tu z kolei dług wobec czwórki białych angielskich intelektualistów mają hiphopowcy. A to tylko zasługi dla najbardziej odległych od muzyki Pink Floyd gatunków. 

Trudno przecenić wpływ na całe pokolenia rockmanów. Dla każdego muzyka parający się tak zwanym rockiem progresywnym (który moim zdaniem w tej chwili żadnego postępu – ang. progress – do rocka nie wnosi i stał się najbardziej konserwatywnym rockowym gatunkiem, ale to temat na zupełnie inny artykuł) to album-biblia, który ustalił gatunkowe wzorce na cztery dekady. Co jakiś czas zresztą pojawiają się „nowi Floydzi” – Porcupine Tree, Archive – ale ich sukces w Polsce to moim zdaniem raczej efekt nostalgii za zespołem Watersa, Gilmoura i spółki niż rzeczywistej wartości muzycznej. Nigdy już nie usłyszymy nowej muzyki Pink Floyd, więc desperacko szukamy następców. 

Równie ważna jak muzyczna była warstwa tekstowa. The Dark Side Of The Moon to przejmujące dzieło traktujące o przemijaniu. Zagadce upływającego czasu. Lękach. Straconej młodości. Śmierci. Strachu. Chciwości. Wszystkich tych rzeczach, o których staramy się nie myśleć na co dzień, które stanowią naszą Ciemną Stronę. Dzieło, co trzeba podkreślić, idealnie trafiające w naszą melancholijną słowiańską duszę, genetycznie obciążoną jakąś nieokreśloną nostalgią i spleenem. 

Z tych właśnie powodów The Dark Side Of The Moon jest dla polskich fanów muzyki absolutną, nienaruszalną Świętą Księgą. Spotykałem się z deprecjonowaniem zasług Beatlesów, Stonesów, Queenów i innych gigantów, ale Pink Floyd – nigdy. Aż do teraz – Leszek Bugajski z „Newsweeka” zdecydował się na świętokradczy akt przyznania, że Waters, Gilmour, Wright i Mason to banda pretensjonalnych muzykantów, których ambicje artystyczne przerosły talent i umiejętności. I jeśli szukam jakiegoś ładnego porównania to przychodzi mi na myśl brazylijski autor popularnych powieści Paul [sic] Coelho. On też ma ambicje pisanie o istotnych ludzkich przeżyciach, o śmierci, o głębokiej miłości, o cierpieniach rozmaitego rodzaju, poszukiwaniu boga itp., ale nie ma odpowiednich narzędzi: pisze kiepsko, myśli powierzchownie i banalnie. Ale jest popularny, bo jest w nas głód tej tematyki i jednocześnie strach przed głębokim (i skomplikowanym) myśleniem – pisze Bugajski. Przyznam, że sam nie należę do Różowego Kościoła Pod Wezwaniem Rogera Watersa i nagrania Pink Floyd nie goszczą w moim odtwarzaczu zbyt często, ale te słowa wstrząsnęły mną w równym stopniu co news o Nergalu drącym na koncercie Biblię. I jeszcze to porównanie do Paulo Coelho, dla młodych Polaków symbolu pseudointelektualnej pseudoetycznej pseudofilozofii… 

My, polscy fani rocka przez dziesięciolecia karmieni byliśmy przez dziennikarzy prasowych i radiowych (a także przez swoich rodziców, starsze rodzeństwo, kolegów, wszystkich) hagiograficznymi wizjami Pink Floyd i jego największego dokonania. Dziś musimy zmierzyć się z porównaniami do symbolu literackiego kiczu, a nawet… polskiej piłki nożnej (aspiracje wielkie, umiejętności mizerne). I czytać o największej rockowej płycie, rockowym Absolucie, że to fajna muzyczka… Chyba warto w końcu posłuchać The Dark Side Of The Moon analitycznie, policzyć wszystkie ziewnięcia i momenty, kiedy chcieliśmy przesunąć odtwarzanie do przodu. Słuchać już nie na klęczkach, z rękami złożonymi do modlitwy do świętego Rogera, ale bez przedsądów, które już przed odsłuchem wyrabiają nam opinię o albumie. Ale czy nie obudzi się w nas prawdziwy Polak, który za Wyspiańskim rzeknie: świętości nie szargać, bo trza, żeby święte były? Sam nie wiem, czy się odważę na liczenie ziewnięć. 

Maciek

http://muzyka.newsweek.pl/pink-floyd---the-dark-side-of-the-moon----dlugie-lata-sciemy,102806,2,1.html

 


poniedziałek, 18 marca 2013

Wypuścić nietoperze! Nick Cave jakiego nie znacie


Patrząc dziś na 56-letniego Nicka Cave’a widzimy eleganckiego dżentelmena, w nienagannie skrojonym garniturze. Śmiało można napisać – starszego pana, który z każdym rokiem coraz bardziej będzie koncentrował się na powolnych, melancholijnych songach (o czym przekonuje ostatni album artysty). Jeśli ktoś poznaje australijskiego barda dopiero przy okazji Push The Sky Away, pewnie będzie miał trudność by uwierzyć, że młody Nick należał do najbardziej destrukcyjnych postaci w dziejach rock’n’rolla. Nieobliczalne punkrockowe zwierzę, zarówno na scenie, jak i poza nią. Wiecznie zamroczony chuligan, dla którego koncert był nie tylko okazją do uzewnętrznienia swoich emocji, ale także po prostu do pospolitej rozróby. Aby przypomnieć sobie najbardziej szalone oblicze morderczego balladzisty, musimy się cofnąć w odległe lata 80. – do czasów działalności jego kultowej formacji The Birthday Party.
Dla urodzonego 22 września 1957 roku w australijskim miasteczku Warracknabeal Nicholasa Edwarda Cave’a miejscem pierwszych kontaktów z muzyką był… kościół. Jako dzieciak Nick był bowiem chórzystą katedry w Wangaratta. Dorastając, odkrył zupełnie inne formy muzycznej ekspresji – za sprawą brata Tima poznał muzykę rockową i takich wykonawców jak Cream, Jimi Hendrix czy australijska grupa The Loved Ones, jego ulubiony wówczas zespół. Pierwsze fascynacje rockiem zbiegły się z młodzieńczym okresem burzy i naporu – Nick sprawiał wyjątkowe kłopoty nauczycielom, których apogeum była rzekoma próba gwałtu na koleżance. Cave tłumaczył, że źle zrozumiano jego kawał ze ściągnięciem majtek dziewczynie… Wyrzucony ze szkoły w Wangaratcie, zimą 1971 roku Nick znalazł przystań w prywatnej szkole w Melbourne. Wcale nie zachowywał się tam lepiej – potrafił na przykład potraktować kolegów, którzy kwestionowali jego heteroseksualność… cegłą ukrytą w damskiej torebce. Nowa buda była jednak dla niego ważna z tego powodu, iż tam rozpoczął muzykowanie – został wokalistą grupy Concrete Vulture. W składzie znaleźli się także gitarzysta Mick Harvey i bębniarz Phill Calvert, którzy stali się jego współpracownikami na lata. W 1976 roku zakończyli naukę w Caulfield Technical College, co nie oznaczało końca działalności grupy. Nazywała się ona już wówczas The Boys Next Door. Nowym muzykiem kapeli został basista Tracy Pew, w późniejszych latach wyróżniający się niekonwencjonalnym zachowaniem scenicznym i groteskowym wyglądem kowboja. Ważnym punktem grupy stał się także drugi gitarzysta Rowland S. Howard. 

Pod wpływem Chrisa Walsha, który niebawem został menedżerem zespołu, jego członkowie ulegli fascynacji punk rockiem, między innymi Ramones i Sex Pistols. Młodzieńcy zasłuchiwali się również w nagraniach The Stooges, których lider, Iggy Pop, zasłynął ostrymi tekstami i agresywnym, często autodestrukcyjnym zachowaniem typu samookaleczanie na scenie. W 1977 roku The Boys Next Door prezentowali się na scenie jak ich idole, a rebeliancka postawa przenosiła się niejednokrotnie poza nią. Dla Cave’a i Pewa na przykład codziennością była jazda kradzionymi samochodami po autostradzie – w przypadku tego pierwszego choćby i na dachu auta. Muzyków The Boys Next Door nagminnie zatrzymywano za wandalizm, pijaństwo i obsceniczne zachowanie. 

Tej buntowniczej postawy nie udało się przenieść na debiutancki album grupy, wydany w maju 1979 roku nakładem wytwórni Mushroom Door Door. Zbyt wygładzona produkcja zbliżyła muzykę na albumie do raczej do nowej fali niż protopunka Stoogesów. Muzycy byli  z niej bardzo niezadowoleni. Ducha zespołu lepiej oddawała epka nagrana kilka miesięcy później, już dla nowej wytwórni Missing Link. Zatytułowana Hee Haw, przywodziła na myśl dźwiękową anarchię postpunkowych The Fall, The Pop Group i Pere Ubu. To było to. Zmianie brzmienia towarzyszyła również zmiana nazwy – Cave ochrzcił grupę The Birthday Party. Twierdził, że inspiracją było przyjęcie w Zbrodni i karze Dostojewskiego – choć w powieści nikt urodzin nie obchodzi. 


 W lutym 1980 roku zespół z wielkimi nadziejami wyruszył na trasę po Wielkiej Brytanii. Wyspiarska krytyka nie rozumiała radykalnej wymowy twórczości The Birthday Party, a dodatkowym powodem frustracji młodych przybyszów z Antypodów były fatalne warunki życia w stolicy Anglii. Cave bytował w tragicznych warunkach mieszkaniowych, umierając z głodu – za coś trzeba przecież ćpać, a młody  punkowiec był wówczas chodzącą tablicą Mendelejewa. Wyprawa za wielką wodę nie była jednak tak do końca nieudana – na zespół zwrócił uwagę Ivo Watts-Russell, właściciel początkującej wytwórni 4AD. The Birthday Party podpisali z nim kontrakt płytowy. Wcześniejsze zobowiązania wobec wytwórni Missing Link sprawiły jednak, że zanim na rynku pojawił się pierwszy singiel grupy w barwach nowej wytwórni, The Friend Catcher, fani mogli cieszyć się płytą The Birthday Party/The Boys Next Door.

W kwietniu 1981 roku nakładem 4AD ukazał się kolejny album zespołu, Prayers On Fire, który spotkał się z pozytywnym przyjęciem prasy. Nazwa The Birthday Party stała się jedną z najgorętszych na ówczesnej alternatywnej scenie Wielkiej Brytanii, w czym zasługa nie tylko nieokiełznanej, awangardowej muzyki grupy, ale również popisów scenicznych. I nie chodzi jedynie o grę muzyków – zamroczony narkotykami (z ulubioną heroiną na czele) Nick, podobnie zresztą jak basista Tracy Pew, specjalizowali się w agresywnym zachowaniu wobec widzów. Tłumek spod sceny, zbyt ochoczo dążący do fizycznego kontaktu z muzykami, mógł spodziewać się kopów w zęby, ciskania mikrofonem w głowę bądź zdzielenia w maskę gitarą basową Tracy’ego. Jednak słuchacze którzy w spokoju kontemplowali występ australijskich neandertali też nie mogli czuć się bezpieczni – na jednym z koncertów w Nowym Jorku Cave o mało co nie udusił kablem od mikrofonu siedzącej przy stoliku kobiety… Stałym elementem koncertów The Birthday Party były także zapasy najwierniejszego fana kapeli, niejakiego Binga, z wokalistą. Trudno powiedzieć, czy muzycy byli w ogóle świadomi tego, co robią – trzeźwy i niebędący pod wpływem narkotyków Cave był widokiem wyjątkowym w tamtym czasie. Cave zwykł mawiać, że gdyby pewnego dnia obudził się bez kaca, to znaczyłoby, że coś jest nie w porządku… Awangardowa wokalistka Lydia Lunch, wówczas współpracująca z Nickiem przy tworzeniu krótkich sztuk teatralnych, przyznawała, że trzykrotnie ratowała go od śmierci z przedawkowania. Podobne doświadczenie, tym razem przed samym koncertem, zdarzyło się basiście. Był to akurat występ w Melbourne, na którym Mick Harvey, zirytowany zachowaniem Nicka (który bardziej niż śpiewem zainteresowany był bójką z jednym z widzów) potraktował go pięścią w zęby. Nick koncert zakończył zalany krwią i w stanie totalnego zamroczenia spowodowanego narkotykami. 


Publiczność kochała piekielne wybryki The Birthday Party i ich właśnie gorąco oczekiwała na każdym koncercie. Wyglądało na to, że w 1982 roku w Anglii i Australii nic nie było bardziej trendy od jedynek wybitych własnoręcznie przez Nicka Cave’a. Paradoksalnie, doprowadzało to muzyków kapeli do frustracji – ich celem było obrażać i wkurzać, a nie robić to, na co ma ochotę publiczność. Stosunki w zespole także nie były najlepsze – w  1982 roku odszedł perkusista Phill Calvert, którego miejsce za bębnami zajął… gitarzysta Mick Harvey. Samego Nicka muzyka wykonywana przez jego grupę zaczęła nudzić. Członkowie zespołu mieli poczucie, że The Birthday Party doszło do ściany – muzycy przestali dogadywać się na gruncie zarówno artystycznym, jak i prywatnym. Zastanawiające, że w tym trudnym czasie powstały największe osiągnięcia The Birthday Party – singiel z kultowym Release The Bats, największym hitem formacji, longplay Junkyard oraz EP Mutiny. Ta ostatnia to łabędzi śpiew grupy. 9 czerwca 1982 roku występem w Seaview Ballroom w Melbourne The Birthday Party zakończyła żywot.

Lider grupy po jej śmierci nie próżnował i powołał nową formację, z którą wkrótce osiągnął prawdziwą międzynarodową sławę – brylował już nie na undergroundowej scenie, ale na listach przebojów. Lider grupy Nick Cave and the Bad Seeds coraz mniej jednak przypominał stojącego na czele The Birthday Party – nomen omen – jaskiniowca. Chuligan ustąpił miejsca dżentelmenowi, przemoc liryzmowi, frenetyczna łupanina – melancholijnym songom. Nickowi AD 2013 daleko do punkowca z przełomu lat 70. i 80. XX wieku, co nie znaczy, że nie potrafi wykrzesać z siebie rock’n’rollowej energii. By się o tym przekonać, warto wybrać się 4 lipca do Gdyni – Złe Nasiona będą gwiazdami kolejnej edycji festiwalu Open’er. Jeśli planujecie wziąć udział w koncercie grupy Nicka i znaleźć się w pierwszych rzędach, na wszelki wypadek uważajcie na głowy. Z szalonym Australijczykiem nigdy nic nie wiadomo. 
Maciek


(Opracowano na podstawie książki Iana Johnstona Bad Seed. The biography of Nick Cave (pl. Nick Cave)